Subiektywne, krytyczne i złośliwe spojrzenie na produkty i filozofię Apple. I nie tylko. Absurd inside.

Kazek Wynalazek - prolog

Kazek Wynalazek ze stęknięciem podniósł się z kolan, otrzepał spodnie i odłożył narzędzia z unobtanium do skrzynki. Krytycznym wzrokiem obrzucił swój rower. Damka klasy „Ukraina” niezbyt już przypominała swój pierwowzór po licznych udoskonaleniach i przeróbkach dokonanych przez Kazka. Obniżone zawieszenie, alufelgi, spojlery, biksenony, napęd na oba koła, dwudziestoczterobiegowa przerzutka tiptronic na manetkach Shimano i ceramiczne hamulce ze wspomaganiem. Przyspieszenie 1,5 sekundy do setki to może była lekka przesada, ale też miało swoje zalety: kiedyś Kazek na światłach ścignął takiego chudego okularnika z telewizji, rozpierającego się dumnie w swoim Porsche. Jak mu tam było… Małopolski, Powiatowy... a, mniejsza o to. Podobno tamten potem długo był na terapii i zmienił auto na ferrari. Ale prawdziwą dumą Kazka był napęd rowera: rama zespawana z uranowych prętów paliwowych, kupionych od ruskich na bazarku, była niemal niewyczerpanym źródłem neutronów, które przetwornica energii wbudowana w atrapę dynama przetwarzała na prąd i dostarczała do elektrycznych silników ukrytych w piastach kół. Tytanowe pedały służyły do kontrolowania pracy reaktora. 

Tym razem Kazek postanowił zamontować licznik rowerowy. Akurat jak znalazł nadał się jakiś zegar wyciągnięty z wraku latającego spodka, który leżał w zamienionym na graciarnię blaszanym, czteropoziomowym, dwustumetrowym garażu Kazka, obok innych maszyn i pojazdów. Spodek leżał tak od 1974 roku, pomału rozbierany na części. To z wyszabrowanych ze spodka części Kazek złożył sobie 50-calową plazmę, podczas gdy sąsiedzi oglądali Mundial na  czarno-białych Topazach i Ametystach. 

***

O wypadku latającego spodka sporo pisały wtedy gazety, było też w Dzienniku TVP. Niezidentyfikowany obiekt latający spadł według świadków na terenie Puszczy Niepołomickiej. Ponieważ każdy ze świadków mówił co innego (a po wytrzeźwieniu większość już nie była niczego pewna), wraku nigdy nie odnaleziono. O tym, że na pokładzie był Kazek, nie podały żadne media, bo i żadne media się o tym nie dowiedziały. 

Jak Kazek dostał się na pokład statku kosmicznego obcych, tego nikomu nie zdradził. Był wtedy na wakacjach u szwagra w Mikluszowicach.  Zaskoczony podczas grzybobrania w trakcie czynności uniemożliwiającej ucieczkę, został wciągnięty do spodka polem siłowym, a potem poddany różnym poniżającym badaniom medycznym i eksperymentom noszącym charakter wykorzystania seksualnego. Nie lubił o tym mówić... Dość skończyć na tym, że spił załogę bimbrem z piersiówki, którą miał przy sobie, a którą kosmici uznali za jeden z organów ze względu na skład chemiczny identyczny z krwią Kazka. 

Pijana załoga rozbiła spodek niemal w obejściu szwagra – parę metrów od płotu. To było twarde lądowanie, ale zaryty w miękkie kartoflisko pojazd prawie nie ucierpiał, a załoga tylko straciła przytomność, upojona alkoholem z piersiówki Kazka. Gdy Kazek jako jedyny wyszedł o własnych siłach ze spodka, razem ze szwagrem szybko uporali się z wrakiem. Zwlekli UFO z pola przy pomocy traktora i schowali w stodole pod sianem, a gdy w okolicy zaczęły węszyć władze gminy, media i milicja, wszystko już było uprzątnięte i pozamiatane. Płot stał na miejscu, a szwagier orał kartoflisko z uśmiechem na gębie. Gdy trochę się uspokoiło i sprawa przycichła, Kazek zabrał wrak spodka na lawecie do miasta, do swojego garażu. Milicjantom z kontroli drogowej powiedział, że to rozbity francuski kombajn do zbioru trufli, więc nie robili trudności – zwłaszcza, że dwie flaszeczki szwagrowego bimbru załatwiły sprawę. To, że obaj milicjanci potem dostali dyscyplinarkę za rozbicie pościgowego „kredensa” 125p, to już nie Kazka problem. 

Kosmici ukryci w chlewiku u szwagra i przykuci łańcuszkiem do glebogryzarki wnet przywykli do siana i buraków pastewnych. Chudziny takie - wielkie łby i wyłupiaste oczy - na widok bimbru dostawali drgawek. Pożytku było z nich niewiele – ani mleka, ani jajek. Za to w obejściu po przyuczeniu przydali się do prostych prac domowych. Nikt tak jak oni nie nadawał się do tępienia myszy i płoszenia szpaków w sadzie. 

***

Z licznikiem było coś nie tak. Samo podpięcie zasilania i zsynchronizowanie interfejsów z komputerem pokładowym rowera poszło gładko – standard USB 4.0 był popularny w całej galaktyce. Problem polegał na tym, że licznik nie chciał pokazywać prędkości ani przebiegu, wciąż migało tylko okienko przeznaczone na wpisanie daty i godziny. Kazek wreszcie wpisał dzisiejszą datę i przez chwilę zastanawiał się, która jest godzina. Nie miał przy sobie zegarka, bo zostawił go w domu do naładowania ogniwa paliwowego. Przesunął wzrokiem po podwórku i dojrzał starą Grzelakową, która tkwiła w oknie w towarzystwie kota, wygodnie oparta na kocyku między pelargoniami. Oho, jak jeszcze siedzi to znaczy, że jeszcze nie zaczęły się „Sekrety Rosalindy”, czyli nie ma jeszcze siedemnastej. Kazek na chybił-trafił ustawił 16:55. No, załatwione: na liczniku zapaliła się lampka gotowości, teraz zrobi się rundkę dookoła podwórka i sprawdzi licznik. Kazek wskoczył na kubełkowe siodełko Recaro z czteropunktowymi pasami bezpieczeństwa i zakręcił pedałami parę razy, otwierając przepustnicę neutronów. Wrzucił jedynkę i rower pomału ruszył do przodu. Kazek zrobił rundkę dookoła podwórka, ale licznik nie reagował, nie chciał pokazywać prędkości. 

- Źle wyskalowany, czy co? – Zastanowił się Kazek, wrzucił dwójkę i mocniej depnął na pedały, szerzej otwierając przepustnicę. Rower wystrzelił do przodu jak knur dźgnięty oszczepem. Gdyby nie zapięte pasy bezpieczeństwa i zagłówek, Kazek spadłby pewnie z rowera z rękami dłuższymi o pół metra. W tym momencie stało się kilka rzeczy naraz. Parowa syrena z pobliskich Zakładach Naprawczych zaczęła wyć, oznajmiając fajrant dla umysłowych o 17:00. Kątem oka, mijając okno Grzelakowej, Kazek zauważył jak emerytka energicznie odwraca się do wnętrza mieszkania na dźwięk serialowej czołówki, a spłoszony kot traci równowagę i rozpaczliwie czepiając się pazurami doniczki z pelargonią, spada razem z nią z parapetu. W chwilę później coś pizło, błysnęło, rowerem zatelepało, a obraz dookoła rozmazał się i dopiero po chwili powoli wrócił do normy. Kazek wystraszony zatrzymał rower. Paliła się czerwona kontrolka strumienia neutronów sygnalizując nagły skok promieniowania i ogromny pobór prądu. Rzucił okiem na licznik – ten nadal pokazywał nieruchomą godzinę 16:55 i dzisiejszą datę.

- Do dupy z takim zegarem! – wkurzył się wynalazca. – Prąd tylko żre, a nie działa... 

Rozpiął pasy i zsiadł z rowera. Tylko świadomość, że wewnątrz jest mała elektrownia jądrowa, powstrzymała Kazka przed kopnięciem w ramę. Ujął kierownicę i zrezygnowanym krokiem zawrócił w stronę szopy. I wtedy zobaczył w oknie Grzelakową, gapiącą się bezmyślnym wzrokiem na podwórko. 

            - Niemożliwe – mruknął do siebie. – Przecież „Sekrety Rosalindy” przed chwilą się zaczęły, więc Grzelakowa powinna siedzieć w środku mieszkania i gapić się w telewizor. Równocześnie zauważył, że koło Grzelakowej na parapecie tkwi nienaruszona doniczka z pelargonią i drzemiący kot. Zanim zdążył się zdziwić, w pobliskich Zakładach Naprawczych zawyła syrena, oznajmiając fajrant dla umysłowych o 17:00, a Grzelakowa rzuciła się w głąb mieszkania, by nie uronić ani sekundy telenoweli. Zaspany kot zerwał się, stracił równowagę i uczepiony doniczki z pelargonią runął z parapetu w dół. 

            - Ki pieron? – zdumiał się Kazek. – Deżawu mam jakieś czy co? Przecież nic jeszcze dziś nie piłem. – Zadumał się chwilę, po czym uważnym wzrokiem otaksował zamontowany na kierownicy licznik, wciśnięty pomiędzy poduszkę powietrzną, a kwadrofoniczne radio firmy Mark Levinson. - A... to takie buty... cofło mnie w czasie... Trza by jakieś próby zrobić. – Zadecydował. – Ale gdzieś na uboczu, żeby ludziska nie widzieli. Może w parku wieczorem? 

Park o tej porze wyglądał na opustoszały. Długie proste alejki aż zachęcały do przejażdżki rowerem. Kazek spojrzał na wieżę kościoła, widniejącą ponad koronami parkowych drzew. Na podświetlanej tarczy wyraźnie było widać wskazówki zegara: za moment będzie 22:00. Kazek ustawił zegar licznika o pięć minut wcześniej i wsiadł na rower. W momencie gdy zegar zaczął bić – ruszył. Gdy wrzucił dwójkę, ponownie nastąpiła znana mu sekwencja wydarzeń: błysk, telepanie roweru i rozmazanie obrazu. Kazek wyhamował rozpędzony rower, stanął i obejrzał się na kościelny zegar. Na tarczy widniała 21:55.

            - No i gites! – mruknął zadowolony Kazek, któremu lekko kręciło się w głowie po pięciominutowym skoku w czasie. – Znaczy, działa jak należy. A jakby tak popróbować w drugą stronę? I trochę więcej? Oparł rower o ławkę i przestawił zegar licznika o godzinę w przód, na 23:00. Potem przysiadł na chwilę, by zebrać myśli i spokojnie ułożyć sobie plan eksperymentów. Wtedy zorientował się, że z bocznej alejki wyszło paru bujających się dresiarzy i otoczyło go przy wtórze rytmicznego pizgotu dochodzącego z iPhona, trzymanego przez największego z nich.   

            - Co jest, dziadek? Fajny rowerek, dasz się przejechać? - Mimo protestów Kazka młody byczek wyrwał mu z rąk kierownicę i zajął miejsce na siodełku. Schował charczący telefon do kieszeni i zakręcił parę razy pedałami, ale poza maksymalnym otwarciem przepustnicy neutronów oczywiście nic się nie stało. Dres próbował rzucić Kazkowi groźne spojrzenie, ale efekt był taki, że do durnego wyrazu twarzy doszło coś na kształt zatwardzenia.

- No co jest, kurna? Dziadek, jak się tym jeździ?

Kazek pomyślał chwilę, rzucił okiem na licznik wyświetlający godzinę 23:00, po czym przełączył przerzutkę na automat w trybie „sport” i zwolnił ręczny hamulec. Rower runął do przodu jak rakieta z wrzeszczącym z przerażenia dresem, uczepionym kurczowo kierownicy. Rozległo się przeciągłe „kuuuuuuuurrrrwaaaaa!” o zmiennej tonacji wskutek efektu Dopplera. Wszystko trwało może sekundę. Po kilkunastu metrach obaj - dres i rower - dosłownie zniknęli w akompaniamencie trzasku elektrycznego wyładowania i w obłoczku dymu o kształcie grzyba atomowego. Kumple dresa pokrzykując bezładnie i klnąc rzucili się w tym kierunku. Kazkowi bardzo spodobały się efekty wizualne i akustyczne towarzyszące zdarzeniu. Po krótkiej kontemplacji podążył truchcikiem za grupką zdezorientowanych chuliganów. Stali teraz w miejscu, gdzie zniknął rower, rozglądając się dookoła z głupimi minami, a w powietrzu unosił się intensywny zapach ozonu i wody toaletowej „Macho” z domieszką moczu. Po krótkiej naradzie dresiarze ustalili, że pewnie kumpel pojechał do domu i powlekli się w tym kierunku. Kazek zaczekał, aż odejdą, a potem kredą starannie zaznaczył na asfalcie miejsce zniknięcia rowera. 

*** 

Dres pamiętał jedynie szarpnięcie, rosnący pęd powietrza i przeciążenie, które wyrywało kierownicę z rąk. Ledwie zdążył krzyknąć „kurwa” i zmoczyć spodnie z trzema paskami, gdy coś błysnęło, huknęło, a światło parkowych latarni rozmazało się w świetlistą smugę. Asfalt alejki umykał spod kół jak taśmociąg z przepalonym bezpiecznikiem. Nagle świat wrócił do normy, pęd powietrza załopotał nogawkami dresu, a tuż przed rowerem wyrosła przeszkoda, której sekundę wcześniej na pewno tu nie było. Solidnie zaklinowana pomiędzy latarniami, ustawiona w poprzek alejki płyta sklejki z elegancko wyciętą laserem sylwetką roweru widzianego od przodu.

- O, fajno, jak w tym programie „Hol in de Łol” - pomyślał dres i wycelował centralnie w otwór. Zanim zorientował się, że otwór nie zawiera sylwetki człowieka, było już za późno.

Rower przeszedł przez otwór w sklejce jak przez masło i tam wpadł w ręce idealnie ustawionego Kazka (wiedział jak ma stanąć, bo wytrenował ten manewr parę dni później, cofając się w czasie). Dres został po przeciwnej stronie sklejki. Również jak masło – po chwili zsunął się na asfalt z cichym mlaśnięciem. Kazek postawił rower na nóżce i podszedł do dresa. Młody byczek żył, ale gębę miał zdefasonowaną od kontaktu ze sklejką. Kazek nastawił mu nos kombinerkami wyjętymi ze skrzynki narzędziowej rowera i zakleił skaleczenia łatkami do opon na gorąco. Z satysfakcją rzucił okiem na swoją robotę. „No, będzie żył. Piękny nie jest, ale też nigdy nie był”. Spojrzał jeszcze na iPhona, który wypadł dresowi z kieszeni przy uderzeniu o sklejkę i teraz leżał na asfalcie z szybką rozbitą w drobny mak, charcząc coś o „szacunku ludzi ulicy”. Kazek pobieżnie obejrzał telefon, mruknął do siebie „Ale tandeta” i zastanawiał się przez chwilę, czy nie warto go naprawić, ale gdy przy pomocy zabranego kosmitom Procyona Galaxy S IV przeskanował wnętrze iPhona i zobaczył jakie ma podzespoły, stwierdził, że szkoda czasu na grzebanie się w zabytkowej chińszczyźnie. Walnął iPhonem parę razy o krawężnik, żeby uciszyć muzykę, wsadził truchło z powrotem do kieszeni dresa, po czym z odrazą zaciągnął bezwładne ciało w krzaki, między zużyte prezerwatywy i psie kupy. 

Kazek starannie sprawdził rower. Wszystko było w porządku, a eksperyment na szczęście nie pozostawił żadnych śladów. Tylko siodełko trzeba było wytrzeć. Nawet dobrze się stało, że udało się wysłać w tę podróż w przyszłość dresa w charakterze królika doświadczalnego - bez żadnego ryzyka dla Kazka. Jedynie pręty paliwowe przy takim intensywnym użytkowaniu będą wymagały częstszej wymiany, ale to akurat nie problem, dopóki ruscy handlują na bazarku. Za podsuszaną lisiecką z drobiu wędzoną w domowym reaktorze Kazek mógł dostać każdą ilość uranu.  To, że kiełbasa była robiona z łapanych w pole siłowe gołębi i srok, wiedział tylko on.

Demontaż sklejki i prostowanie latarni zajęło Kazkowi prawie godzinę. Zegar na kościelnej wieży zaczął bić północ. I wtedy napatoczyła się Straż Miejska. 

- O żesz, kurna, jeszcze nie śpią, cholery? – Zdziwił się Kazek, pełen podziwu dla straceńczej odwagi strażników. Z reguły nie zapuszczali się o tak późnej porze w miejsca, gdzie łatwo było dostać w mordę – woleli zakładanie blokad na koła i gnębienie mandatami babć sprzedających kwiaty. Strażnicy szli ostrożnie, spięci i wystraszeni, z dłońmi na rękojeściach pałek i rzucając oczami na boki, ale na widok niegroźnie wyglądającego Kazka wyraźnie odetchnęli. 

- Dobry wieczór, dokumenty proszę. Nie widział pan tu czegoś niepokojącego? Mieliśmy doniesienie o błyskach i hałasach. Dziękuję… co my tu mamy? Pan Kazimierz W. Nalazek… pracuje pan na drugą zmianę? Co pan tu robi tak późno? 

- Nie, na emeryturze jestem. Spać nie mogłem, to na rowerek sobie wyszedłem. Pusto, cicho, chłodno, przyjemnie się jeździ. Nic nie widziałem. 

- Ma pan prawidłowe oświetlenie rowera, panie Kazimierzu? 

- Jasne! – Kazek włączył biksenony o zasięgu reflektorów przeciwlotniczych i ruszył kierownicą przesuwając słup oślepiającego światła po okolicy, płosząc zbudzone ptactwo w koronach drzew i kilkanaście niecałkiem ubranych par gżących się po krzakach. O radarze i systemie noktowizyjnym do jazdy po ciemku wolał nie wspominać. 

- Dobrze, dziękuję i do widzenia. Proszę, pański dowód. Niech pan uważa na siebie. 

- Dobranoc i vice versa. – Kazek zaczekał, aż strażnicy wrócą do samochodu, zaparkowanego na obrzeżach parku i odjadą. – No, na całe szczęście nie zapytali o to „W” przy nazwisku. Byłoby do śmiechu... 

Wskoczył na siodełko i energicznie zakręcił pedałami. Zdążył do domu jeszcze przed „Faktami” o dziewiętnastej...




Reklamy

Teksty na zamówienie